Jędrzej Józefowicz coraz bliżej swojego celu [relacja]

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Jędrzej Józefowicz nadal podróżuje szlakiem Via Francigena do Rzymu. Swoją wędrówkę opisuje na facebookowym profilu „Polak w podróży”. Przedstawiamy fragmenty relacji.

Poniedziałek, 12 sierpnia

Dziś cały dzień wędrowałem sam. Trasa nie była łatwa, ale myślałem, że będzie gorzej. Wczoraj sklepy były krótko otwarte, więc nie udało mi się zrobić zakupów na poniedziałek. Śniadanie miałem skromne, zjadłem to co zostało mi z sobotnich zakupów. Francuzi w schronisku troche się martwili o to jak sobie poradzę z tak słabym zapasem jedzenia i wody w ciągu dnia. Straszyli mnie, że na szlaku nie będzie żadnego sklepu. Mimo ich obaw zachowałem spokój, rano nalałem do butelki wodę z kranu, a jedzenie wierzyłem, że się znajdzie. Po kilku godzinach drogi czułem, że powoli nachodzi głód, zacząłem więc myśleć, skąd ogarnąć jedzenie. Przechodząc koło jednego domu zauważyłem starszą panią spacerującą po ogrodzie. Zatrzymałem się i zapytałem czy ma owoce i jeśli tak, to czy mogę prosić o jeden albo dwa. Pani odpowiedziała, że tak, poszła do domu i wróciła z siatką, a w niej kilka śliwek, podkreśliła, że są w 100% naturalne, bez żadnych nawozów i innych substancji.

Usiadłem wygodnie przed bramą i zacząłem jeść. Pani, gdy widziała, że nadal tu jestem, przyszła do mnie jeszcze raz, tym razem z ciastkami. Po drugim śniadaniu mogłem iść dalej. Godzinę później miałem resztkę wody w butelce, więc zacząłem się zastanawiać skąd tu ogarnąć coś do picia. Przechodziłem przez wioskę, zauważyłem, że 3 mężczyzn wnosi towar do budynku, był to bar. Podszedłem do nich i zapytałem czy mogę kupić puszkę coli, powiedzieli, że tak, jeden z nich przyniósł mi colę i powiedział, że nie mam nic płacić, życzył szczęśliwej drogi. Kilka godzin później znów poczułem głód, idąc przez wioskę trafiłem na samochód dostawczy, a w nim kobietę i mężczyznę sprzedających starszym paniom produkty spożywcze. Ustawiłem się w kolejce, kupiłem jogurty i owoce i znów byłem najedzony. Tak mi było szkoda, że nie widzą tego Francuzi, którzy tak się o mnie martwili. Kiedyś już pisałem, że Bóg nie zostawia nikogo w potrzebie, tak było i tym razem. Żebyście się nie martwili, dziś po skończonej trasie zrobiłem zakupy na wieczór i cały jutrzejszy dzień, więc wszystko pod kontrolą.

Widoki dzisiaj miałem genialne, czasami się wkurzałem i miałem dosyć, ale ostatecznie uważam ten dzień za udany. Dotarłem do celu, a nawet udało mi się zrobić małą nadwyżkę. Noc spędzę w schronisku dla pielgrzymów, tuż obok znajduje się boisko, na którym grają ludzie w piłkę, gdyby moje stopy były w lepszym stanie, chętnie dołączyłbym do gry.

Środa, 14 sierpnia

Wczoraj dotarłem do upragnionej Toskanii. Pamiętam jak 7 lat temu, gdy byłem tu pierwszy raz, powiedziałem sobie, że jak już zobaczę dużo miejsc w życiu, to pierwszym, do którego wrócę będzie Toskania. Nie pomyślałbym wtedy, że wydarzy się to tak szybko i w dodatku pieszo. Gdy schodziłem wczoraj z gór do wioski, w pewnym momencie usłyszałem jakby wybuch bomby, zaraz po tym zadrżała ziemia pod moimi stopami. Pierwsza myśl - trzęsienie ziemi. Nie myliłem się. Gdy dotarłem do wioski, w barze już wszyscy o tym wiedzieli. Podobno mówiono w telewizji i w radiu, że kilka kilometrów od miejsca mojej wędrówki doszło do trzęsienia ziemi. Pierwszy raz coś takiego doświadczyłem. Cieszyłem się, że doszły do mnie tylko lekkie wstrząsy. W trakcie wczorajszej drogi wędrowałem kilka kilometrów ze starszym małżeństwem z Włoch. Pierwszy raz spotkaliśmy się kilka dni temu w barze, gdy załatwiałem nocleg.

Dotarłem z nimi do miejscowości Pontremoli. Oni wybrali bogatszą wersję noclegu, ja natomiast udałem się do byłego seminarium, w którym aktualnie znajduje się szkoła i schronisko dla pielgrzymów. W tym budynku zatrzymałem się tylko ja i Thomas - 29 letni Włoch. Dziś dowiedziałem się, że inni pielgrzymi wybrali nocleg u zakonników. Swojego wyboru nie żałuję, ponieważ ksiądz odpowiedzialny za nasze schronisko zaproponował nam wyjście z nim do jego znajomych na kolację. Była to jedna z lepszych decyzji w trakcie tej drogi. Zabawa była przednia. Mnóstwo jedzenia, wina, sympatycznych i otwartych ludzi. Co chwilę częstowano czymś innym, a na pytanie "co to jest?" słyszałem odpowiedzi: "jedz" albo "spróbuj", a gdy byłem już pełny to pytano mnie: "nie smakuje Ci?" i wtedy znów musiałem jeść. Potem Włosi już mnie nie pytali, po prostu nakładali i polewali. W trakcie tego wieczoru nagadałem się z każdym na temat piłki nożnej jak nigdy.

Dowiedziałem się praktycznie wszystkiego na temat włoskiego futbolu, komu kto kibicuje i dlaczego, nie jestem w stanie Wam teraz wszystkiego opowiedzieć, jeden mój wpis powinien być poświęcony tylko piłce nożnej - taki to jest obszerny temat. Szybko zyskałem nowe przezwisko. Włosi, gdy dowiedzieli się, że z księdzem przyszedł Polak, zaczęli mówić na mnie "Zbigniew Boniek", wzięło się to z tego, że jeden z mężczyzn kibicuje Juventusowi Turyn, w którym kiedyś grał nasz reprezentant Boniek. W trakcie wieczoru często padało pytanie "Jak się masz Boniek?". Byłem zdziwiony, że we wtorek Włosi mogli pozwolić sobie na tak huczne spotkanie. Zapytałem księdza i usłyszałem odpowiedź: jest 24:00, do 6:00 zdążą się wyspać i pójść do pracy, nie ma problemu. W trakcie imprezy poznałem również Ephrema, chłopaka z Etiopii, który mieszka i studiuje we Włoszech. Pochwalił mi się kilkoma zwrotami w języku polskim, których nauczył się podczas pobytu w Polsce. Będąc przez jakiś czas w naszym kraju miał okazję pielgrzymować z Warszawy na Jasną Górę. Mówił, że jesteśmy wspaniałymi ludźmi, bardzo gościnnymi i życzliwymi, nie mógł oczywiście pominąć faktu, jak piękne są Polki.

Wróciliśmy ze spotkania bardzo późno, więc łatwo się domyślić jak ciężko dzisiaj było ruszyć w trasę, tym bardziej, że organizm przyzwyczaił się już do pewnego schematu. Mimo braku chęci musiałem ruszyć. Przez połowę drogi wędrowałem sam, potem poznałem kilkuosobową grupę z Włoch i przyłączyłem się do nich. Jeden z Włochów - Carlo, zapytał mi się gdzie dokładnie mieszkam w Polsce. Gdy usłyszał, że w Środzie, niedaleko Poznania, zaczął opowiadać mi o Lechu Poznań. Czytał kiedyś o kibicach i słynnym "The Poznań", bardzo podoba mu się ta celebracja. Oprócz pozytywnych informacji wyczytał również te złe na temat kibiców z Wielkopolski i nie tylko. Piłkę nożną zamieniliśmy na himalaizm. Carlo powiedział mi, że najlepszy wspinacz jaki kiedykolwiek żył na tym świecie to Jerzy Kukuczka, znał bardzo dobrze biografie naszego rodaka. Oprócz Kukuczki wiedział dużo na temat wyczynów Denisa Urubko i Krzysztofa Wielickiego.

Dotarliśmy do miejscowości Aulla. W schronisku, w którym jestem spotkałem wiele znajomych twarzy - osoby, które mijałem na szlaku, osoby które spotkałem kilka dni temu w innym schronisku lub z którymi zdążyłem się dobrze poznać, m.in Pheo - 72 letni pielgrzym z Anglii, o którym już pisałem. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem Pheo w progu schroniska, ponieważ, kilka dni temu Pheo miał do mnie 20 kilometrów straty, przez to, że wcześniej zakończył trasę. Po raz kolejny wzbudził we mnie szacunek. Dziś gdy wybrałem się na kolację, poznałem w barze parę turystów z Polski - Jurka i Martę. Nareszcie jacyś Polacy, szkoda, że nie na szlaku, ale mimo wszystko wielka radość ze spotkania, po 2 tygodniach w końcu mogłem z kimś na żywo porozmawiać po polsku, a nie tylko przez telefon.

Czwartek, 15 sierpnia

Dzisiejszy dzień był trudny. Nie pomyślałbym, że 17 kilometrów drogi może mi tak bardzo dać w kość, tym bardziej, że w ciągu ostatnich dwóch dni w górach mój dystans był bliski 30 kilometrów lub ponad, a dziś nie przekroczyłem 20. Szlak pokazał mi dzisiaj kto tu rządzi i dyktuje warunki. Pierwsze 7 kilometrów było najgorsze. Brakowało tylko kupić maczetę i powiedzieć "witamy w dżungli". Ścieżka wyglądała tak jakby ktoś przypadkowy wziął mapę, zakrył oczy i długopisem wycelował miejsce, przez które zostanie wyznaczony szlak. Szło się po prostu okropnie. Dwa razy zaliczyłem glebę, pierwszy raz dzisiaj musiałem zawracać, w pewnym momencie zgubiłem szlak, nie zauważyłbym mojego błędu tak szybko, gdyby nie przewrócone i zarośniete drzewo, które uniemożliwiło mi dalszą wędrówkę. Podczas jednego z upadków, zgubiłem butelkę z wodą, całe szczęście, że miałem jeszcze jedną.

Psychicznie miałem dosyć, nogi nie chciały iść, nastroju nie było, ramię znów zaczęło boleć. Gdyby ktoś mi powiedział, że przeszedłem dziś 50 kilometrów, to pewnie bym uwierzył, bo tak się czułem. Na moment humor poprawił mi widok morza, gdy wyszedłem z tego gąszczu i pokonałem kilka wzniesień, zobaczyłem w oddali morze, poczułem się jakbym dotarł do Ziemi Obiecanej. Byłem wdzięczny Bogu, że po takim dniu, dał mi tak piękny widok. Mimo zaliczenia krótkiego odcinka nadal mieszczę się w planie, cieszę się, że kilka dni temu zrobiłem nadwyżkę, bo teraz mogłem pozwolić sobie na szybsze zakończenie dnia.

Piątek, 16 sierpnia

40 dni w drodze. W czasie dzisiejszej drogi odetchnąłem po wczorajszych doświadczeniach. Teren był przyjemniejszy, kilometry szybciej uciekały. Najpiękniejszym akcentem dzisiejszego dnia była przerwa godzinna nad morzem. To niesamowite uczucie, gdy widzisz plażę i wodę i przypominasz sobie, że żeby tu się znaleźć musiałeś przejść tak wiele kilometrów, z zupełnie innej części kraju. Mimo że droga często jest dla mnie trudna, to takie chwile jak widok fal i ludzi spędzających ze sobą czas na plaży daje mi satysfakcję i motywuje do dalszej wędrówki. Wielką radość sprawił mi również widok z daleka kopalni marmuru w miejscowości Carrara, w której byłem 7 lat temu.

Idąc przez Włochy kilka razy widziałem ludzi jeżdżących starymi fiatami 500l, bardzo spodobało mi się to auto, dlatego dziś, gdy dotarłem do miejscowości Massa zatrzymałem się przy warsztacie, by podziwiać stojące przed i w wewnątrz budynku fiaty 500. Zauważył to szef warsztatu i wyszedł do mnie, zaczął opowiadać o białym fiacie. Mówił, że wszystkie części wymienił w tym aucie i teraz jest jak nowe. Musiałem oczywiście zapytać czy dałoby się objechać tym autem cały świat, Włoch odpowiedział, że w takim stanie jakim jest teraz auto, byłoby to możliwe.

Sobota, 17 sierpnia

O dzisiejszym dniu ciężko cokolwiek powiedzieć. Tak po prostu już jest w tej drodze, jeden dzień pełen nerwów, frustracji i zmęczenia, drugi wypełniony ludźmi i ciekawymi sytuacjami, trzeci zwyczajny, szary, jeden z wielu - tak było dzisiaj. Wstałem i ruszyłem przed siebie. Dotarłem do celu i to mnie bardzo cieszy, zostało mi 10 dni drogi i nie mogę pozwolić sobie teraz na jakikolwiek poślizg. Trzymajcie różańce i kciuki, bo przede mną najważniejsza część drogi.

Radosław

Ukończył turystykę i rekreację na poznańskim AWF. Jednak zawsze interesowały go sprawy lokalne, dlatego wylądował w dziennikarstwie. Zajmuje się inwestycjami i sportem. Opisuje też wydarzenia z gmin Zaniemyśl i Nowe Miasto nad Wartą.

Jeżeli chcesz, żebym zajął się jakimś temat, napisz - r.jagiela@glospowiatusredzkiego.pl.

Skomentuj

Upewnij się, że zostały wprowadzone wszystkie wymagane informacje oznaczone gwiazdką (*). Kod HTML jest niedozwolony.